Niedoskonałość jako manifest
Czy AI paradoksalnie przywróci wartość ludzkiej niedoskonałości? Esej o estetyce wabi-sabi i kontrrewolucji w designie 2026.
Estetyka post-AI i powrót do tego, co ludzkie
Wyobraź sobie wnętrze. Generujesz je w kilka sekund: wpisz „minimalistyczny salon, skandynawski styl, miękkie światło" — i oto przed tobą pojawia się obraz. Perfekcyjny. Sofa o idealnych proporcjach, roślina doniczkowa w geometrycznie precyzyjnym miejscu, światło padające pod kątem, który podpowiada algorytm. Wszystko jest na swoim miejscu. I właśnie to jest problem.
Coś jest nie tak z tym obrazem. Nie dlatego, że jest brzydki — przeciwnie, jest piękny w sposób, który niepokoi. Jest zbyt gładki, zbyt przewidywalny, zbyt pozbawiony przypadku. Brakuje w nim rysy na blacie od zbyt gorącego kubka. Brakuje nierówności w tynku, która opowiada historię budynku. Brakuje — mówiąc wprost — życia.
W styczniu 2026 roku branża designu dojrzała do wniosku, który wisiał w powietrzu od lat: era „homogenicznego połysku" dobiega końca. Dezeen, jeden z najbardziej wpływowych portali o projektowaniu, cytuje ekspertów mówiących o „długo oczekiwanym zwrocie" ku chropowatości, teksturze i nieprzewidywalności. To nie jest chwilowa moda. To kontrrewolucja.
Niedoskonałość jako ostatnia twierdza człowieczeństwa
Żyjemy w epoce, w której sztuczna inteligencja potrafi wygenerować milion wariantów „perfekcyjnego" krzesła w czasie krótszym, niż zajmuje nam parzenie kawy. Algorytmy nauczyły się rozpoznawać złotą proporcję, optymalizować ergonomię, przewidywać preferencje estetyczne użytkowników. Są nieomylne w granicach swojego zadania.
I właśnie ta nieomylność stała się ich największą słabością.
Perfekcja — paradoksalnie — jest nudna. Ludzkie oko, wytrenowane przez tysiąclecia ewolucji do rozpoznawania wzorców, szybko zauważa, gdy coś jest „zbyt dobre". Nieświadomie szukamy śladów ręki twórcy: wahania pędzla, nierówności w glinie, nieregularności w splocie tkaniny. Te „błędy" są sygnaturą autentyczności. Ich brak budzi nieufność.
Teza tego eseju jest prosta, choć jej konsekwencje są głębokie: w świecie zdominowanym przez AI-generowaną perfekcję, niedoskonałość staje się walutą autentyczności. To, co kiedyś było wadą, dziś staje się manifestem.
Wabi-sabi: filozoficzne korzenie estetyki niedoskonałości
Zanim przejdziemy do współczesnych trendów, warto cofnąć się o kilka stuleci i kilka tysięcy kilometrów. Do Japonii, gdzie niedoskonałość od dawna nie była problemem do rozwiązania, lecz wartością do celebrowania.
Wabi-sabi — termin trudny do przetłumaczenia, bo opisuje raczej stan odczuwania niż kategorię estetyczną — oznacza piękno rzeczy niedoskonałych, nietrwałych i niedokończonych. Leonard Koren, autor klasycznej książki o tej filozofii, definiuje wabi-sabi jako „piękno rzeczy skromnych i pozbawionych pretensji". To estetyka pęknięć w ceramice, mchu na kamieniu, słomianej maty, która nosiła na sobie ciężar wielu stóp.
Najbardziej wymownym przykładem jest kintsugi — japońska sztuka naprawiania rozbitej ceramiki za pomocą złotej laki. Zamiast ukrywać pęknięcia, rzemieślnik podkreśla je, czyniąc z historii przedmiotu jego najcenniejszą cechę.
Miska, która się rozbiła i została naprawiona, jest — według tej logiki — piękniejsza niż miska, która nigdy nie upadła. Bo nosi w sobie ślad czasu i troski.
To filozoficznie przeciwieństwo podejścia, które dominuje w projektowaniu zachodnim od czasów modernizmu: dążenia do formy idealnej, uniwersalnej, wyzwolonej z przypadkowości.
Kontrrewolucja 2026: co mówią eksperci
Wróćmy do teraźniejszości. Na początku 2026 roku Dezeen publikuje coroczne prognozy trendów w designie wnętrz. Tytuły mówią same za siebie: „Finding beauty in imperfection", „The end of homogeneous gloss", „Roughness, texture, and unpredictability".
Eksperci cytowani przez portal mówią o „zmęczeniu" nadmierną gładkością. Projektanci zauważają, że ich klienci — po latach minimalizmu w stylu skandynawskim — zaczynają tęsknić za materiałami, które „żyją". Ciemne drewno z widocznym słojem. Postarzany metal z patyną. Teksturowany kamień zamiast polerowanego marmuru. Lime render — tynk wapienny — powraca do łask, bo jego nieregularna powierzchnia odbija światło w sposób, którego algorytm nie przewidzi.
Co ciekawe, nawet metale zmieniają hierarchię. Chrom — zimny, odbijający, precyzyjny — wypiera mosiądz, który dominował przez ostatnią dekadę. Ale nie dlatego, że jest „lepszy". Dlatego, że jest inny. Branża szuka ucieczki od tego, co stało się zbyt znajome.
Forbes pisze wprost: ta zmiana jest „po części reakcją na proliferację generatywnego AI". Gdy maszyny nauczyły się tworzyć obrazy, które wyglądają jak z magazynu wnętrzarskiego — gładkie, wypolerowane, idealnie oświetlone — ludzie instynktownie zaczęli szukać tego, czego maszyny (jeszcze) nie potrafią: autentycznej niedoskonałości.
Polskie echo: rzemiosło jako odpowiedź
W Polsce ta dyskusja dopiero się zaczyna, ale jej korzenie są głębsze, niż mogłoby się wydawać. Polska tradycja rzemieślnicza — ceramika bolesławiecka, tkactwo, wikliniarstwo — zawsze niosła w sobie estetykę niedoskonałości. Ręcznie malowane wzory na ceramice nigdy nie są identyczne; każdy talerz jest wariantem, nie kopią.
W ostatnich latach obserwujemy renesans zainteresowania polskim rzemiosłem wśród projektantów. Nie chodzi tylko o nostalgię czy patriotyzm. Chodzi o autentyczność, której nie da się zeskalować. Ceramiczna czarka z pracowni w Bolesławcu — z jej drobnymi nieregularnościami w glazurze — niesie w sobie ślad ręki, czas wypalania, wilgotność konkretnego dnia. To historia zapisana w materii.
Podobnie tkactwo. Polskie studia projektowe coraz częściej współpracują z rzemieślnikami, którzy pracują na tradycyjnych krosnach. Tkaniny powstające w ten sposób mają nieregularności, których produkcja przemysłowa starannie unika — a które stają się ich największą wartością.
To nie jest regres. To rewaluacja. Odkrywamy na nowo, że słowo „ręcznie robione" oznacza coś więcej niż metodę produkcji. Oznacza obecność człowieka w przedmiocie.
Czy to nie snobizm?
Uczciwie trzeba zapytać: czy celebrowanie niedoskonałości nie jest przywilejem zamożnych? W końcu „autentyczne rzemiosło" kosztuje. Ręcznie tkany dywan jest droższy od produkowanego masowo. Ceramika artystyczna jest luksusem.
To słuszna uwaga — i jednocześnie uproszczenie. Prawda jest taka, że rewolucja estetyki niedoskonałości nie dotyczy wyłącznie drogich przedmiotów. Dotyczy sposobu patrzenia. Można docenić rysę na starym stole z PCK równie mocno jak patynę na designerskim meblu vintage. Filozofia wabi-sabi nie wymaga bogactwa — wymaga uwagi.
Co więcej, AI paradoksalnie demokratyzuje dostęp do „perfekcji" — i przez to ją dewaluuje. Gdy każdy może wygenerować obraz „luksusowego wnętrza" w kilka sekund, luksus przestaje mieszkać w obrazie. Przenosi się gdzie indziej: do dotyku, do czasu, do rzeczy, których nie można skopiować.
Błąd jako sygnatura
Spójrzmy na to z perspektywy semiotycznej. W świecie przesyconym AI-wygenerowaną treścią niedoskonałość staje się znakiem — signifiant, jak powiedziałby Saussure — który odsyła do konkretnego signifié: ludzkiej obecności, czasu, troski.
Gdy widzimy idealnie gładką powierzchnię, nasz mózg coraz częściej klasyfikuje ją jako „prawdopodobnie wygenerowane przez maszynę". Gdy widzimy nieregularność — nasze zaufanie rośnie. To odwrócenie dotychczasowej logiki, w której „błąd" był oznaką niższej jakości.
Dla projektantów implikacje są praktyczne: celowe wprowadzanie niedoskonałości staje się strategią autentyczności. Ale tu pojawia się pułapka — „fałszywa niedoskonałość" jest równie pusta jak „fałszywa perfekcja". Jeśli chropowatość jest efektem obliczonej decyzji, a nie procesu, traci swoją wartość.
Autentyczność nie może być symulowana.
To prowadzi do głębszego wniosku: wartość niedoskonałości nie tkwi w formie, lecz w procesie. Liczy się nie to, że przedmiot jest nierówny — lecz to, że jest nierówny, bo powstał w konkretnych rękach, w konkretnym czasie, z konkretnymi ograniczeniami materii.
Czy „błąd" stanie się nową walutą?
Na koniec nie odpowiedź, lecz pytanie — jak przystało na d-spot.pl.
Jeśli niedoskonałość staje się oznaką autentyczności, a autentyczność staje się luksusem, to czy zmierzamy do świata, w którym „błąd" będzie walutą? Czy projektanci zaczną celowo wprowadzać nieregularności — nie dlatego, że tak dyktuje proces, lecz dlatego, że tak dyktuje rynek?
I jeśli tak — czy ta „zaplanowana niedoskonałość" nie będzie kolejną formą homogenizacji? Czy AI nie nauczy się wkrótce generować „autentycznego chaosu", tak jak nauczyło się generować „idealny ład"?
Być może odpowiedź leży nie w formie przedmiotów, lecz w naszym spojrzeniu na nie. Być może rewolucja, której potrzebujemy, nie polega na dodawaniu rys do gładkich powierzchni — lecz na przywróceniu uwagi, która pozwala dostrzec rysy, które już tam są.
W końcu każdy przedmiot nosi w sobie historię. Pytanie tylko, czy zechcemy ją przeczytać.
